Maska-krem z trawy tybetańskiej to kosmetyk przed którym producent postawił baaaardzo wysoką poprzeczkę. Czegoż to on nam ma nie robić- nawilżać, rozświetlać, wygładzać zmarszczki, rozjaśniać skórę, zwalczać problemy skórne, aż chciałoby się dodać myć okna, recytować, tańczyć, śpiewać.... :D
Moim zdaniem ciekawa jest żelowa formuła produktu, która ma ułatwiać wnikanie w skórę dobroczynnych składników. Nałożona na twarz pozostawia przez jakiś czas lepką warstwę- od razu zrozumiałe staje się dlaczego powinno się aplikować produkt na 30 min przed pójściem spać.
Zdecydowaną zaletą jest tu wręcz szatańska wydajność. Niewielka ilość kosmetyku potrzebna jest do rozprowadzenia na całej twarzy i szyi- przy pojemności 200 ml zużycia się praktycznie nie widzi.
Niestety kosmetyk się u mnie nie sprawdził z jednego, prostego powodu- zapycha mnie :(
Sama na początku nie mogłam uwierzyć w to, że wysyp pryszczy na mojej buzi to jego sprawka gdyż skład jest bardzo prosty i przyjazny a do tego moja twarz nie ma skłonności do zapychania i niewiele produktów funduje mi tą wątpliwą przyjemność. Robiłam jednak trzy podejścia i za każdym razem efekt był taki sam a z faktami się nie dyskutuje...
Wrzuciłam na twittera zdjęcie składu z zapytaniem czy ktoś się orientuje co może być winowajcą, większość wskazała aloes- dzięki dziewczyny :*
Skład:
Podsumowując:
Kosmetyk odstawiłam z uczuciem żalu, miałam nadzieję, że będzie to ciekawa przygoda a tymczasem jest porażka.
Pozdrawiam :*


